Arkadiusz Mularczyk
W ubiegłym tygodniu w Sejmie odbyło się coroczne expose ministra spraw zagranicznych. Teoretycznie jest to jeden z najważniejszych momentów w roku dla polskiej polityki zagranicznej – chwila, w której opinia publiczna, politycy i partnerzy z zagranicy powinni usłyszeć, jakie są długofalowe cele polskiej dyplomacji, gdzie Polska chce być za pięć, dziesięć czy piętnaście lat i jak zamierza poruszać się w coraz bardziej niestabilnym świecie.
Niestety po raz kolejny zamiast strategicznej wizji usłyszeliśmy przede wszystkim polityczną publicystykę i straszenie opozycją. Sikorski znów postanowił zbudować swoje wystąpienie na dobrze znanym już schemacie: zamiast opowiadać o przyszłości, opowiadać o PiS-ie. Tyle tylko, że to nie my dziś rządzimy.
No więc było oczywiście wyciąganie straszaka w postaci rzekomego „Polexitu”. Problem w tym, że takiego tematu w polskiej debacie po prostu nie ma. Nikt poważny nie mówi o wyjściu z Unii Europejskiej. Nasz obóz polityczny chce Unię reformować, a nie opuszczać. Nasze członkostwo w Unii widzimy po prostu inaczej niż przytakiwanie niemieckim interesom.
Sikorski mówił także o pogorszonych relacjach z USA. Tyle, że te relacje nie popsuły się same. My potrafiliśmy utrzymywać dobre stosunki z każdą amerykańską administracją. Oczywiście – ideowo bliżej nam do Republikanów, ale strategiczny sojusz z USA był traktowany poważnie zawsze.
Dziś za obecne napięcia odpowiadają działania obecnej władzy: polityczne strzelanie Tuska w plecy Donalda Trumpa, infantylne wpisy Sikorskiego w mediach społecznościowych czy utrzymywanie w Waszyngtonie neo-ambasadora, który pozwala sobie na publiczne obrażanie przywódcy kraju, do którego został wysłany.
Jeszcze bardziej zaskakuje to, o czym minister nie powiedział ani słowa. W expose nie padła właściwie żadna refleksja o reparacjach wojennych ani o propozycji przedstawionej przez prezydenta Karola Nawrockiego prezydentowi Frankowi-Walterowi Steinmeierowi podczas wizyty w Berlinie. A przecież nierozliczone skutki II wojny światowej wciąż ciążą na relacjach polsko-niemieckich. Udawanie, że temat nie istnieje, nie rozwiązuje problemu. Przeciwnie – prowadzi do pogłębiania się niechęci między naszymi państwami i oddala moment, w którym możliwe będzie prawdziwe, uczciwe polsko-niemieckie dobre sąsiedztwo. A bez rozliczenia się przez Niemcy z II Wojny Światowej do tego nie dojdzie.
Tak dziś wygląda obraz polskiej dyplomacji. Zamiast poważnej rozmowy o miejscu Polski w świecie – polityczny spektakl. A wszystko to dzieje się w obecności ambasadorów z całego świata, którzy z galerii sejmowej obserwują naszą debatę.
Pytanie brzmi: jaką notatkę po takim wystąpieniu wyślą do swoich stolic? Jeśli zobaczą przede wszystkim chaos i brak strategicznej wizji, wniosek będzie jeden – Polska sprawia wrażenie państwa słabego. To zaś wyrządza bardzo dużą szkodę naszemu krajowi.



