Arkadiusz Mularczyk
W polityce bezpieczeństwa rzadko diabeł tkwi w szczegółach – zwykle siedzi w warunkach umów. Tak jest z funduszem SAFE, przedstawianym jako historyczna szansa na miliardy dla armii. Problem w tym, że nie jest to prezent, lecz kredyt rozłożony na 45 lat. To zobowiązanie, które spłacać będą przyszłe pokolenia, a nie „dodatkowe pieniądze”, jak sugeruje rządowa narracja.
Nie ma też pewności, że środki z SAFE realnie zwiększą budżet obronny. Mogą jedynie zastąpić finansowanie, które państwo potrafi zdobywać samodzielnie – choćby przez emisję obligacji. Skoro Polska pożyczała na rynkach na około 3 procent, a według zapowiedzi SAFE ma kosztować 3-4 procent, trudno mówić o finansowej okazji. Różnica polega raczej na tym, kto ustala zasady gry.
A zasady są polityczne. Mechanizm warunkowości pozwala Komisji Europejskiej wstrzymać wypłaty środków, jeśli uzna, że państwo nie spełnia określonych standardów. Z punktu widzenia planowania armii to ryzyko strategiczne – wojsko nie może opierać modernizacji na pieniądzach, które mogą zniknąć decyzją polityczną.
Dochodzi do tego kwestia zakupów. SAFE promuje sprzęt produkowany w UE i wymaga określonego udziału europejskich komponentów. W praktyce oznacza to ograniczenie możliwości kupowania uzbrojenia tam, gdzie jest ono dostępne szybciej lub taniej, na przykład w USA czy Korei Południowej. Zwolennicy mówią o wzmacnianiu europejskiego przemysłu. Krytycy – o uzależnianiu armii od jednego rynku.
Najbardziej niepokoi jednak brak przejrzystości. Lista projektów finansowanych z SAFE nie jest znana, a szczegóły mają być dopiero negocjowane. Tymczasem chodzi o decyzje finansowe na dekady. Obywatele mają prawo wiedzieć, na co państwo chce się zadłużyć niemal na pół wieku, a dziś nie wie tego ani Sejm, ani Prezydent Państwa!
Spór o SAFE nie jest techniczny, lecz strategiczny. Dotyczy pytania, czy bezpieczeństwo państwa powinno opierać się na maksymalnej swobodzie wyboru finansowania i dostawców, czy na wspólnych mechanizmach politycznych. Zanim zapadnie decyzja, warto przeczytać drobny druk – bo to on decyduje, czy fundusz okaże się tarczą, czy kajdanami.




